Dziecko,  Przemyślenia mamy,  Związki

Przeprowadzka w nowe życie…

W czerwcu minie rok odkąd zaczęłam prowadzić bloga. Jesteście ze mną i czytacie mnie, niektórzy od samego początku, inni nie. Od prawie roku dzielę się z Wami moimi obserwacjami, poglądami, odkryciami, sposobami na zdrowie, zdradzam Wam trochę szczegółów z mojego życia. Wiem, że część z Was naprawdę mnie polubiła i wraca do mnie regularnie i za to jestem bardzo wdzięczna.

Wiecie o mnie bardzo dużo i zarazem bardzo niewiele. Nie kryję się z tym, że mieszkam w mieście, którego nie lubię, że z pochodzenia jestem małopolanką, a sercem Krakuską ;).

Nie wiecie jednak, że w Żywcu nie wylądowałam ani z własnego wyboru, ani z życiowego musu. Prawda jest taka, że decyzja została podjęta niejako beze mnie, zupełnie poza mną. Zostałam postawiona przed faktem dokonanym, a moje protesty uznane były za dziecinadę, za brak odpowiedzialności. “Bo tu będę więcej zarabiał…” i rzeczywiście pieniądze szczęścia nie dają… A na pewno nie tak niewielkie, które zapewniają wprawdzie samodzielne życie, ale daleko od bliskich i tam gdzie nas nie chcą.

Wiedziałam, że to nie będzie warte świeczki i jak zwykle miałam rację.

Nie wiecie, że pierwszy rok mieszkania tutaj okupiłam depresją. Łzy, zwątpienie, kłótnie, rozpacz, było mi bardzo ciężko. Mąż wierzący w brednie, które serwowali mu w pracy, siedział w robocie po 10-11 godzin, gdy ja świeżo po cesarce, z niemowlakiem, próbowałam się odnaleźć w nowej roli: mamy i żony i pogodzić z tysiącem zmian, które w jednym momencie zostały mi zaserwowane. Ciąża w trakcie studiów, załatwienie ITS i konieczność ukończenia studiów jak cała reszta studentów bo zależało mi na trybie stacjonarnym, praca magisterska, przeprowadzka, ślub, trudna ciąża, komplikacje okołoporodowe, niemowlę wymagające rehabilitacji (plus wiele rodzinnych, osobistych nieprzyjemności). I ja- w zasadzie z tym sama. Sytuacja była złożona, moja mama choć chciała pomóc- nie miała takiej możliwości ze względu na zdrowie (a i tak wiele rodzicom w tym okresie zawdzięczam, choćby kilkutygodniową opiekę nad córką, gdy byłam w szpitalu). 

Gdy patrzę na to z obecnej perspektywy, zastanawiam się jak to wytrzymałam! Mój mąż, który nie był tym człowiekiem, z którym jestem teraz. I ja- zupełnie sama, z chorym maleństwem, stosem prania, obiadem na dwóch palnikach w pseudo-kuchni, z wizją grudniowej sesji, a potem letniej, pisząca eseje i projekty  zaliczeniowe dosłownie z córą na kolanach, praca magisterska, którą obroniłam na piątkę w listopadzie, liczne choroby itd…

Rozdzielona z rodzicami, pozbawiona jakiejkolwiek bliskiej osoby, która by mnie odwiedziła choć raz na miesiąc- do której mogłabym otworzyć usta, zamknięta w 37 metrach od świtu do nocy, jak maszyna wykonująca piętrzące się obowiązki. Popadałam w coraz większą apatię i załamanie. Mój organizm wiedział, że to już za dużo, że coś musi się stać, żebym się otrząsnęła. Nie było nas stać na psychologa i na inne tego typu fanaberie, a mój mąż nie do końca próbował mnie zrozumieć, moje zdanie nie miało żadnego znaczenia. Byłam traktowana z pobłażaniem, protekcjonalnie, nie liczyłam się. Musiałam pomóc sobie sama, ale byłam zbyt zrozpaczona, żeby obiektywnie na siebie spojrzeć, zrozumieć że potrzebuję pomocy… więc moje ciało zareagowało… Zaczęłam chorować. Utraciłam zmysł aby nie utracić zmysłów. Po miesięcznej hospitalizacji zostałam na zawsze lekką kaleką, ale z oczyszczonym umysłem, otrząsnęłam się z rozpaczy, zrozumiałam pewne rzeczy. Liczy się tu i teraz, życie i satysfakcja z niego, nie można poświęcać własnego szczęścia dla czyichś dyrdymałów. Zrozumiałam, że muszę wyrwać się spod kontroli, w myśl słów:

“Stop letting people who do so little for you control so much of your mind, feelings & emotions”


ZACZĘŁAM WALCZYĆ O SWOJE i ściągać uparcie zasłony z oczu moich męża, którego tak strasznie przecież kochałam, nie chciałam pozwolić nam na oddalenie się od siebie i w konsekwencji rozstanie. Udowadniałam mu, że jedyną osobą na którą może liczyć i która zawsze będzie przy nim trwać to jestem JA- nikt więcej! Ślubowaliśmy to sobie, opuściliśmy nasze domy by stworzyć nową rodzinę. Ze mną musi budować życie bo tak sobie przysięgaliśmy i jedyne zdanie, które ma liczyć się w naszej rodzinie to moje i jego zdanie (a później także córki)- tylko i wyłącznie. Sama nie dałabym rady umyć mu zamydlonych oczu. Gdyby nie splot zbiegów okoliczności i liczne rozczarowania, które pomagały mojemu mężowi przeglądać na oczy, gdyby ludzie którym wierzył jak głupi, nie zaczęli go zawodzić, pewnie nie bylibyśmy już razem.

Ale jesteśmy, bo się uparłam, bo dla mnie RODZINA i PRZYSIĘGA mają największe znaczenie, bo mąż przejrzał na oczy, bo zrozumiał że to MY mamy być szczęśliwi na WŁASNĄ odpowiedzialność i dla nas samych, bo nikt za nas życia nie przeżyje, nikt nam dziecka nie wychowa, nikt nas nie utrzyma, domu nam nie wybuduje. 
          Teraz zaczynamy wspólnie od nowa, od zera. Mój mąż przestaje być czyimkolwiek dłużnikiem i będzie sam sobie panem, jak ja byłam dla siebie przez całe życie. Nie znoszę być komuś coś dłużna i pokazałam mężowi jak cudownie lekko jest żyć, gdy wszystko zawdzięcza się sobie.

Zaczynamy od nowa kochani. 
W Łodzi. 
Sami, razem, na własną odpowiedzialność, bez obwiniania, bez wyrzutów, z nadzieją.
 
Trzymajcie za nas kciuki, bo to jedna z największych zmian jaka nas czeka. 
I możecie pogratulować mojemu mężowi, bo wreszcie dostał stanowisko na jakie zasługuje. Koniec z robieniem za tłumacza, sekretarkę i inżyniera. 🙂 
 
Warto było czekać całe cztery lata na tak wspaniałe zmiany. 
Nasze zmiany. Bo co by teraz się nie stało- oboje poniesiemy tego konsekwencje. 

Kocham Cię mężu.

P.S ślub brałam w 25 tygodniu ciąży, więc nie sugerujcie się mym cyckiem, aktualnie jestem płaska jak deska 😀 😉

134 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *